Bywają takie osoby, których nie da się wpisać w zwykłe ramki, powiesić nad łóżkiem i delektować się obrazkiem namalowanym według prostych i sprawdzonych schematów. Niektóre osoby po prostu wymykają się wszelkim próbom zaszufladkowania. Wówczas mówimy o personach z pograniczu geniuszu. Takich jednostek ze świecą można szukać, lecz poszukiwania zazwyczaj nie są długie. Pośród otaczającej nas zewsząd szarzyzny ich blask jest widoczny z daleka. Niektórych ten blask razi, a niektórych zachwyca. Jak jest w przypadku Kisiela? Ja nie będę obiektywny (czasem warto jest pogardzić tym słowem - wytrychem). Mnie ten blask zachwyca.
Ktoś może się spyta dlaczego w powyższych słowach znalazło się patetyczne określenie "blasku"? Otóż podobnie pisał o Kisielu Leopold Tyrmand. W swoim "Dzienniku 1954" przedstawił najcelniejszą chyba charakterystykę Kisielewskiego. Najcelniejszą dlatego, że napisał to człowiek, z którym felietonista "Tygodnika Powszechnego" był przez długi czas w zażyłej przyjaźni. Napisał o nim tak: "Niezmiernie trudno jest opisać bliżej Kisiela, gdyż rzadko zdarza się spotkać w człowieku tak zadziwiający kontrast pomiędzy treścią a formą, pomiędzy istotą a przypadłościami, mówiąc tomistycznie. Kisiel składa się z duszy i akcesoriów, przy czym obydwa czynniki są równie interesujące, acz niezmiernie różne, razem zaś składają się na jedyną w swoim rodzaju całość; albowiem różnice pomiędzy duszą a akcesoriami nie wykluczają w tym człowieku ich wzajemnej przynależności, mało - stanowią one razem coś przedziwnie zharmonizowanego. Toteż mowy nie ma o jakimś rozszczepieniu osobowości. Kisiel jest jednią, tylko jednią niepokojącą i w ten sposób człowiek ten łączy w sobie subtelność i delikatność z otępiającym niechlujstwem usposobienia, umiejętność głębokiego wielostronnego przeżywania miłości z fatalnym gustem, cienki dowcip z groteskową śmiesznością sylwetki, odruchów, upodobań, bogactwo i wykwint uczuć ze skłonnością do wulgarności, znawstwo abstrakcyjnego piękna z upodobaniem do ordynarności, wrażliwość z umiłowaniem przeciętności i pospolitości. Ten rudawy blondyn o śmiesznej, zdobnej w komiczny wąsik twarzy pruskiego kelnera i dość sprężystej postaci liczy w chwili obecnej czterdzieści cztery lata, ubiera się jak pracownik poczty w Kłaju, pije dużo i nieładnie, ze skłonnością do głupich awantur i uporów, kocha się w zaplutych wagonach trzeciej klasy, w małych, brudnych knajpach, miastach, dworcach i w ogromnych kuflach piwa, które absorbuje hektolitrami, cieszy się znakomitym zdrowiem, jeśli nie liczyć trapiącej go od lat, przykrej, lecz niezbyt groźnej nerwicy serca, je okropnie, pomagając sobie palcami i śliniąc sobie brodę, podobają mu się kobiety, obok których mógłbym przechodzić latami i nigdy ich nie dostrzec. Ale jego niebieskie, małe oczka błyszczą takim koncentratem inteligencji, że nie sposób tego blasku nie zauważyć".
Co do głupich dowcipów, to przyznać trzeba, że Kisiel potrafił w tym celować. Kiedy zobaczył nowiutki samochód Tyrmanda to wydrapał mu na karoserii, cegłówką niezbyt ładny wyraz: "dupa". Nie odzywali się do siebie przez rok. Niewątpliwie taki charakter stał w sprzeczności z osobowością jaka wyłania się z lektury felietonów. Z pewnością rzadko się zdarza aby tyle sprzeczności skupiło się w jednym człowieku.
Najciekawsze w Stefanie Kisielewskim jest chyba to, iż w 10 lat po jego śmierci prawie każdy powołuje się na fascynację jego osobą i publicystyką. Mimo tego, że Kisiel był współzałożycielem Ruchu Polityki Realnej (obecnie UPR) to jego sympatyków znaleźć można również wśród dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a nagrody Kisiela przyznaje nie tygodnik "Najwyższy Czas!" ale "Wprost". Już po swojej śmierci zdołał poobrażać wielu swoich "towarzyszy broni" publikacją "Dzienników". Z kolei my wszyscy znamy go przede wszystkim z felietonów w "Tygodniku Powszechnym", lecz sam zaznaczał aby jego twórczość w tej gazecie traktować jako osobne pisemko, bowiem nie zgadza się z linią programową tygodnika. Jaki był więc Kisiel? Z pewnością jednoznacznie nie da się go opisać.
Sam stwierdził kiedyś, iż kiedy pisze rzeczy poważne to podpisuje je imieniem i nazwiskiem, ale kiedy tworzy coś znacznie mniej poważnego to podpisuje się "Kisiel". Rozsławiły go felietony w "Tygodniku Powszechnym". Jak pisze Mariusz Urbanek uczyniły go one "najchętniej czytanym, choć najmniej słuchanym dziennikarzem PRL-u. Komuniści nie chcieli go słuchać, bo mówił, że jest ich wrogiem. W wolnej Rzeczypospolitej nie słuchali go przyjaciele, bo mówił, że się z nimi kompletnie nie zgadza".
Sam Kisielewski podzielił swoją publicystyczną działalność w "TP" na trzy etapy:
- lata 1945 - 53 to etap mówienia NIE
- lata 1956 - 1960 to etap mówienia TAK
- okres po roku 1960 to etap mówienia LAMPA, czyli o niczym.
Kiedy dodamy jeszcze do tego dwudziestolecie międzywojenne, II wojnę światową, okres "Solidarnosci" oraz dzialalność po 1989 r. to mamy już kompletny skrót życia Kisiela.